W porównaniu z poprzednimi miesiącami tego roku maj był dla jednych inwestorów okresem wytchnienia i okazją do przemyślenia strategii, a dla innych – okresem nudy. Praktycznie od samego początku maja WIG tkwił w wąskiej konsolidacji, raz zbliżając się do jej górnego ograniczenia (i dając nadzieję na kontynuację rozpoczętego w mijającym miesiącu trendu wzrostowego), innym razem niebezpiecznie ocierając się o dolną granicę, wywołując obawy przed poważnym przesileniem na warszawskiej giełdzie.
[srodtytul]Zmienność symboliczna w porównaniu z październikiem[/srodtytul]
Odległość między najwyższym i najniższym poziomem WIG-u w maju wyniosła zaledwie 6,8 proc. W dobie stabilnej sytuacji w gospodarce i na rynkach (np. w latach 2004–2005) taka niska zmienność nie byłaby niczym zaskakującym, ale w porównaniu do ostatnich kilkunastu miesięcy zawirowań maj był wyjątkowo spokojny. Jeszcze w kwietniu rozpiętość wahań WIG-u przekraczała 22 proc., a w rekordowym październiku 2008 r. (kiedy rynki na świecie zaszokowała eskalacja kryzysu finansowego w USA) wynosiła około 60 proc.! Na tym tle majowe zmiany indeksu były wręcz symboliczne.
Niska zmienność może być interpretowana na różne sposoby. Dla pesymistów jest to zapowiedź przesilenia i mocnego ruchu w dół. Na przykład stabilizacja notowań od lutego do maja 2008 r. była okresem przejściowym między kolejnymi falami bessy. Według takiego porównania, zastój kursów to typowy okres dystrybucji akcji, po którym dojdzie do nieuchronnego załamania.
Argumentacja ta nie znajduje jednak poparcia w danych historycznych wybiegających poza okres ostatniej bessy. Na przykład, bardzo niską zmienność notowano zarówno u progu kilkuletniej hossy w marcu 2003 r., jak i na półmetku pierwszej fali tej hossy w czerwcu 2003 r. W tym drugim przypadku niska zmienność nie tylko nie zapowiadała załamania zwyżki, ale była chwilą wytchnienia przed jeszcze szybszym ruchem w górę, czyli tzw. fazą akumulacji akcji.