Takich spadków jak w czwartek nie ogląda się często, choć w pierwszych godzinach handlu na europejskich parkietach nie było paniki. Podaż po wydarzeniach ze środy oczywiście miała przewagę, ale zniżki rzędu 1,5 proc. w przypadku WIG20 wydawały się dość niskim wymiarem kary. Z czasem jednak giełdowe indeksy zaczęły bardziej słabnąć. W połowie sesji WIG20 tracił już grubo ponad 3 proc., będąc najsłabszym indeksem w Europie. Niemiecki DAX wówczas jeszcze trzymał się w okolicach porannych minimów. Przez cały dzień inwestorzy patrzyli na notowania kontraktów na główne amerykańskie indeksy, które traciły nawet po ponad 4 proc. Niestety, otwarcie handlu na Wall Street nie przyniosło poprawy, a po około dwóch godzinach S&P 500 tracił sporo ponad 4 proc., Nasdaq zaś powyżej 5 proc. Wsparcia w postaci marcowych dołków odchodziły wówczas do przeszłości, choć oczywiście dzienną sytuację techniczną należy oceniać już po zamknięciu.
WIG20 ostatecznie zamknął się 4,08 proc. niżej, na niecałych 2636 pkt i na ostatniej pozycji w europejskiej tabeli. Co ciekawe, nawet po tak ciężkim dniu indeks dużych spółek wciąż zyskuje ponad 20 proc. od początku roku. Słabość WIG20 wynikała oczywiście z ogólnej atmosfery, ale i ze specyfiki naszego indeksu. Na całym świecie wyraźnie umacniały się obligacje skarbowe, a do tego krajowy rynek zwiększył oczekiwania na obniżki stóp w czasie wystąpienia prezesa NBP, który zasugerował, że taka decyzja mogłaby nastąpić nawet już w maju. Ale największym maruderem z WIG20 było LPP, którego kurs spadł niemal o 10 proc. w reakcji na wyniki. Swoje trzy grosze dorzucił KGHM.