W środę świat obiegła propozycja nowych taryf celnych, które administracja amerykańska chce narzucić na partnerów handlowych. Mimo szumnych zapowiedzi prezydenta Trumpa rynki finansowe nie doceniły skali ingerencji. Zareagowały paniczną przeceną na szerokiej klasie aktywów, od akcji przez ropę i złoto po amerykańskiego dolara. Przed spadkami uchroniło się tylko euro oraz amerykańskie obligacje skarbowe.

Widmo recesji zajrzało w oczy inwestorom, choć w przypadku Europy można mieć nadzieję, że negatywny wpływ wojny celnej zostanie zneutralizowany przez zapowiedzianą stymulację fiskalną i kolejne obniżki stóp procentowych.

Trump z jednej strony chce uchronić rynek krajowy przed tanim importem, a z drugiej stymulować eksport słabszym dolarem. Do tego wszystkiego warto by było dołożyć niższe koszty obsługi długu publicznego. Pytanie, czy amerykańska gospodarka jest gotowa przejąć większą część tortu. Nie wydaje się, aby było wiele wolnych mocy przerobowych. Rynek pracy pozostaje napięty, a zaostrzenie polityki migracyjnej będzie tę presję zwiększać. Inwestycje w zasoby produkcyjne wymagają czasu, ale też finansowania, którego obsługa przy dzisiejszych stopach procentowych może być wyzwaniem dla wielu firm.

Być może zmaterializuje się scenariusz, w którym jedyną zmianą będzie wzrost cen. Amerykańskie firmy zyskają wyższą marżę, a zagraniczne podmioty nie zostaną wypchnięte z rynku, zaś za całość przyjdzie zapłacić amerykańskiemu konsumentowi.