Wbrew obiegowym opiniom, rząd do nowelizacji budżetu nie przystąpił za późno. Wcześniej nie miałaby ona większego sensu, bo minister finansów w kwestii możliwych wydarzeń w 2009 r. nie wiedział zbyt wiele. Wystarczy popatrzeć na rozbieżność prognoz analityków rynkowych z początku roku. To efekt kryzysu, jakiego nigdy nie widzieliśmy, nie mieliśmy się zatem do czego odnieść. Nie miało zatem sensu dokonywanie zmian tylko po to, żeby za trzy miesiące przeprowadzać je znowu. Teraz wiemy już znacznie więcej. Inna sprawa to wypowiedzi, bardzo optymistyczne, przedstawicieli rządu, które w pewnym momencie były już po prostu śmieszne. Ale to już zupełnie inna kwestia, w końcu wybory rządzą się swoimi prawami…
Minister Jacek Rostowski i cały rząd zresztą wykazali się nie lada odwagą, stojąc jednoznacznie i niezmiennie na stanowisku, że w okresie największej zawieruchy samo już wspomnienie o ewentualnej poważnej nowelizacji budżetu doprowadziłoby do jeszcze większych perturbacji. Gdybyśmy w październiku czy listopadzie ogłosili konieczność poważnego zwiększenia deficytu, nasze rynki finansowe zapadłyby się pod ziemię.
Nie ze wstydu, ale na skutek szybkości spadków cen różnych instrumentów finansowych. Kurs euro przekroczyłby pewnie 6 złotych, a ceny obligacji spadłyby do poziomów, które koszty obsługi długu stawiałyby nas na poziomie republik bananowych. Każdy, kto ma jakikolwiek kontakt z rynkiem, musi to potwierdzić. O próbie poszukiwania 100 miliardów złotych, bo i takie pomysły słyszeliśmy, nie warto nawet wspominać.
Nigdy nie było to realne. Fakt, że na coś takiego mogą sobie pozwolić bogate kraje Europy Zachodniej, nie ma żadnego znaczenia. Od Francji, Niemiec czy Wielkiej Brytanii dzielą nas lata świetlne, jeśli chodzi o kwestie ryzyka inwestycyjnego. O Stanach Zjednoczonych nawet nie wspomnę. Na razie kraj ten wciąż ma nadzwyczajną pozycję. Nadzwyczajną pozycję ma też jego waluta, która zresztą, bez specjalnego wstydu, jest właśnie dodrukowywana.
[srodtytul]Stanowczość się opłaca[/srodtytul]