De­fi­cyt w gó­rę

No i wiemy już z grubsza, na czym będzie polegała nowelizacja budżetu na 2009 r. Zwiększony o połowę deficyt budżetowy, wysysanie pieniędzy ze spółek, w których Skarb Państwa ma pakiety większościowe albo udziały mniejszościowe, ale jest w stanie przeforsować wypłatę dywidend, i... kolejne oszczędności w ministerstwach. Na razie podwyżek podatków nie będzie. Ale już w 2010 roku...

Publikacja: 01.07.2009 08:07

De­fi­cyt w gó­rę

Foto: GG Parkiet

Wbrew obiegowym opiniom, rząd do nowelizacji budżetu nie przystąpił za późno. Wcześniej nie miałaby ona większego sensu, bo minister finansów w kwestii możliwych wydarzeń w 2009 r. nie wiedział zbyt wiele. Wystarczy popatrzeć na rozbieżność prognoz analityków rynkowych z początku roku. To efekt kryzysu, jakiego nigdy nie widzieliśmy, nie mieliśmy się zatem do czego odnieść. Nie miało zatem sensu dokonywanie zmian tylko po to, żeby za trzy miesiące przeprowadzać je znowu. Teraz wiemy już znacznie więcej. Inna sprawa to wypowiedzi, bardzo optymistyczne, przedstawicieli rządu, które w pewnym momencie były już po prostu śmieszne. Ale to już zupełnie inna kwestia, w końcu wybory rządzą się swoimi prawami…

Minister Jacek Rostowski i cały rząd zresztą wykazali się nie lada odwagą, stojąc jednoznacznie i niezmiennie na stanowisku, że w okresie największej zawieruchy samo już wspomnienie o ewentualnej poważnej nowelizacji budżetu doprowadziłoby do jeszcze większych perturbacji. Gdybyśmy w październiku czy listopadzie ogłosili konieczność poważnego zwiększenia deficytu, nasze rynki finansowe zapadłyby się pod ziemię.

Nie ze wstydu, ale na skutek szybkości spadków cen różnych instrumentów finansowych. Kurs euro przekroczyłby pewnie 6 złotych, a ceny obligacji spadłyby do poziomów, które koszty obsługi długu stawiałyby nas na poziomie republik bananowych. Każdy, kto ma jakikolwiek kontakt z rynkiem, musi to potwierdzić. O próbie poszukiwania 100 miliardów złotych, bo i takie pomysły słyszeliśmy, nie warto nawet wspominać.

Nigdy nie było to realne. Fakt, że na coś takiego mogą sobie pozwolić bogate kraje Europy Zachodniej, nie ma żadnego znaczenia. Od Francji, Niemiec czy Wielkiej Brytanii dzielą nas lata świetlne, jeśli chodzi o kwestie ryzyka inwestycyjnego. O Stanach Zjednoczonych nawet nie wspomnę. Na razie kraj ten wciąż ma nadzwyczajną pozycję. Nadzwyczajną pozycję ma też jego waluta, która zresztą, bez specjalnego wstydu, jest właśnie dodrukowywana.

[srodtytul]Sta­now­czość się opła­ca[/srodtytul]

Minister finansów swoim uporem kupił nam możliwość w miarę bezbolesnego zwiększenia deficytu budżetowego teraz. Pół roku stanowczości dało wyraźną poprawę w postrzeganiu Polski jako partnera odpowiedzialnego. Zaufanie do nas w ciągu tych kilku miesięcy bardzo poważnie wzrosło. Nie oznacza to jednak, że możemy robić wszystko, co nam się żywnie podoba. Możemy jednak nieco poluzować postępowanie, a pulę dodatkowych obligacji sprzedać bez tąpnięcia ich cen. O jakiej dokładnie mówimy wartości według nominału, trudno w tej chwili jednoznacznie powiedzieć. Z pewnością przedstawiciele ministerstwa od kilku miesięcy podnosili tę kwestię w rozmowach z potencjalnymi inwestorami. I z pewnością 9 mld złotych, bo o tyle na razie rośnie deficyt, jest poziomem akceptowalnym.

Minister Rostowski w ostatnich dniach nie był już tak stanowczy w kwestii zwiększenia deficytu, bo być nie musiał (wybory mamy za sobą) i nie mógł. Sytuacja budżetu jest coraz gorsza i w końcu trzeba było stanąć przed koniecznością zmian. Pamiętajmy, że najgorsze, jeśli chodzi o wzrost gospodarczy, dopiero nadchodzi. Maksymalne drenowanie spółek, w których Skarb Państwa ma udziały, nie wystarczy.

[srodtytul]Za­brać pie­nią­dze spół­kom[/srodtytul]

Ten punkt w decyzji rządu jest zresztą najbardziej chyba dyskusyjny. Owszem, wypłata dywidendy nie jest niczym złym. Wręcz przeciwnie: do dobrego tonu należy dzielenie się zyskiem z akcjonariuszami czy udziałowcami. W końcu między innymi po to decydują się na inwestycje kapitałowe. Szczególnie w długim okresie. Ważne jest jednak, jaką część zysku przeznacza się na wypłatę dywidendy. Przykład PKO BP jest tu najlepszy. Ale KGHM i kilka innych spółek jest w podobnej sytuacji.

Im więcej będą miały środków, tym więcej będą mogły zrobić w bardzo szczególnych warunkach, jakie oznacza kryzys. Innymi słowy: dzisiaj za miliard złotych można zrobić znacznie więcej niż dwa lata temu. I to nie tylko w systemie bankowym. Owszem, PKO BP można dokapitalizować nową emisją. Ale jej przeprowadzenie i pozostawienie dywidendy dałoby jeszcze więcej możliwości. Czy nie lepiej zatem zwiększyć jeszcze o te kilka miliardów złotych, powiedzmy do 30 mld zł, deficyt? Już w średnim okresie mogłoby to być bardzo korzystne i dla PKO BP, i dla innych spółek.

Po zwiększeniu deficytu i maksymalizacji wypłaty dywidendy czekają nas kolejne cięcia w ministerstwach. To będzie chyba najtrudniejsze do przeprowadzenia. Można ich dokonać, ale wtedy sami sobie zaszkodzimy, zmniejszając jeszcze bardziej wzrost gospodarczy. Bo jeżeli cięcia będą dotyczyć wydatków, które pośrednio czy bezpośrednio przełożą się na konsumpcję i inwestycje, to wzrost PKB przyhamuje jeszcze bardziej. W przypadku inwestycji dojdzie jeszcze problem niewykorzystania środków pomocowych z Unii Europejskiej. Mówiąc jeszcze innymi słowy: po heroicznych próbach uzyskania 20 mld złotych oszczędności na początku roku znalezienie teraz kolejnych trzech miliardów będzie graniczyło z cudem.

Dodajmy jeszcze do tego, że dramatyczne poszukiwanie owych 20 mld złotych, zakończone teoretycznie sukcesem, doprowadziło do poważnych napięć między ministrem finansów i niektórymi jego kolegami z rządu. I najważniejsze: w rzeczywistości oszczędności nie sięgnęły 20 mld zł, część tej kwoty wynika z różnych zabiegów księgowych, które powszechnie i potocznie nazywa się „zamiataniem pod dywan”.

To, co zaprezentował rząd, „domyka się” z dokładnością do kilku miliardów złotych. Przy zerowym tempie wzrostu PKB (a taki mniej więcej będziemy mieli) deficyt, w stosunku do pierwotnego planu dochodów, wynikającego z założonego wzrostu gospodarczego na poziomie 3,7 proc., wyniósłby (co do tego panuje dość duża zgodność wśród analityków) minimum 60 mld złotych. Jak odejmiemy od tego 20 mld oszczędności znalezionych wcześniej, 27 mld aktualnego deficytu, dodatkowych 5 mld z dywidend i 3 z kolejnych oszczędności, to z dokładnością do kilku miliardów złotych się zgadza.

[srodtytul]Bu­dżet na 2010 r., czy­li po­dat­ki w gó­rę[/srodtytul]

Prawdziwy test przejdziemy jednak dopiero w 2010 r. I wydaje się, że to właśnie wtedy poznamy najważniejsze remedium na malejące dochody. Czemu będzie jeszcze trudniej? Po pierwsze, będzie trzeba nieco „wymieść” tego, co w tym roku zostało „zamiecione pod dywan”. Po drugie, wzrost gospodarczy będzie na tyle niski, że, przy relatywnie niskim deficycie budżetowym, nie ma mowy o odbudowaniu wystarczającego potencjału środków do realizacji zapowiedzianych zadań, szczególnie w kwestii rozwoju infrastruktury i spełnienia różnych obietnic. I wykorzystania istotnej części z przyznanej nam unijnej pomocy. Na domiar złego Komisja Europejska wydaje się stanowcza w kwestii procedury nadmiernego deficytu.

Zresztą stanowczość Komisji nie ma tu nic do rzeczy, poglądy ministra Rostowskiego idą bowiem – i dobrze – w kierunku maksymalnego ograniczania deficytu. W dodatku kolejny duży deficyt to jeszcze większe odłożenie w czasie naszego wejścia do strefy euro. Nie ma zatem wyjścia, trzeba będzie poszukać dodatkowych dochodów. Tym bardziej że prawdopodobnie nie będzie już można liczyć na przykład na tak wysokie dochody z dywidend. Niewiadomą jest zatem nie to, czy, ale jakie i o ile podatki i parapodatki zostaną podniesione.

Wszystko zacznie się pewnie od akcyzy. Najprościej byłoby z paliwami. Tyle tylko, że jeśli złoty się wyraźnie nie umocni, a ceny ropy na rynkach światowych nie spadną, będziemy mieli wielkie niezadowolenie społeczeństwa. Już dzisiaj bowiem ceny paliw dochodzą do rekordowych poziomów z pierwszej połowy zeszłego roku. Tak czy inaczej wzrost akcyzy jest najbardziej prawdopodobny.

Można byłoby także podnieść stawkę VAT. Problem w tym, że anonsowany ruch o jeden czy dwa punkty procentowe sprawy nie załatwi. Zwiększenie dochodów byłoby zbyt małe. Sporo mówiło się także o podniesieniu stawki rentowej. Ale taka decyzja w sytuacji wzrostu bezrobocia, a ten jest niemalże pewny w najbliższych kwartałach, oznaczałoby ponowne wpędzenie przedsiębiorców i pracowników w szarą strefę. Najmniej sensowne wydaje się podwyższenie podatków bezpośrednich. Hałasu będzie wiele, szczególnie biorąc pod uwagę to, co Platforma w tej kwestii, słusznie zresztą, mówiła, a wyraźny wzrost wpływów wątpliwy. Ale być może i to nas czeka.

Jedno jest w tym wszystkim istotne. Nie możemy obrażać się na proponowane oszczędności czy konieczność podniesienia podatków czy parapodatków. Nie myśmy ten kryzys wywołali. Nie mieliśmy wpływu na jego rozszerzanie się. Chodzi jednak o to, żeby działania podjęte w celu ratowania finansów publicznych, w kwestiach uciążliwych dla społeczeństwa czy gospodarki, jak choćby podniesienie podatków, były działaniami przejściowymi. Oby jasno wyznaczono termin powrotu do sytuacji wyjściowej.

Analizy rynkowe
Techniczna spółka dnia. Pod PKO BP zaczyna kruszyć się podłoga
Materiał Partnera
Zasadność ekonomiczna i techniczna inwestycji samorządów w OZE
Analizy rynkowe
Tydzień na rynkach: Cła i wojna psują nastroje
Analizy rynkowe
WIG – (prawie) 100 tys. pkt. I co dalej?
Analizy rynkowe
Świat za bardzo boi się wyższych ceł w USA?
Analizy rynkowe
Wall Street na detoksie, reszta świata na fiskalnym haju
Analizy rynkowe
Tydzień na rynkach: Fed lekko pesymistyczny