O ile przez cały 2017 r. wyemitowano w USA instrumenty oparte na kredytach subprime warte łącznie 4,1 mld USD, to w pierwszym kwartale 2018 r. ich emisje sięgnęły 1,3 mld USD. W takim samym okresie przed rokiem wyniosły tylko 666 mln USD.
Mianem „subprime” określa się w Stanach Zjednoczonych pożyczki hipoteczne, którym towarzyszy duże ryzyko, że nie zostaną spłacone. Tego typu kredyty nie są kupowane przez Fannie Mae i Freddie Mac, rządowe instytucje finansujące rynek hipoteczny w USA, ani nie są ubezpieczane przez Federalną Administrację Budownictwa (FHA). Obecnie w branży finansowej są one jednak rzadko określane jako „subprime”, gdyż ta nazwa bardzo źle się kojarzy od wybuchu kryzysu. Nadawane są im bardziej eufemistyczne nazwy takie jak „hipoteki niezakwalifikowane” ( w skrócie „non-QM”).
Rynek ten odbija się po kryzysowym załamaniu, a wielu analityków wskazuje, że będzie dynamicznie rósł. Np. analitycy agencji ratingowej Kroll spodziewają się, że w tym roku emisje instrumentów finansowych opartych na pożyczkach subprime wyniosą od 6 mld do 7 mld USD.
- Rynek zaczyna z tak małego poziomu, że jest wciąż dużo miejsca na jego wzrost. Inwestorzy definitywnie szukają wysokich rentowności. Gdy tylko pojawia się tego typu emisja, to zainteresowanie nią mocno przewyższa podaż - twierdzi Matthew Weinstein, dyrektor w amerykańskim funduszu hedgingowym Axionic Capital.
Niektórzy analitycy wskazują, że instrumenty oparte na pożyczkach „subprime” są obecnie bezpieczniejsze niż 10 lat temu. Ustawa Dodda-Franka (reforma regulacyjna sektora finansowego) wprowadziła zaostrzone wymagania dotyczące tych papierów, a pożyczkodawcy hipoteczni muszą zwracać większą uwagę na zdolność pożyczkobiorców do spłaty kredytu.