Nakłady na publiczną służbę zdrowia w Polsce w 2007 roku wyniosły niespełna 4 proc. produktu krajowego brutto. Po uwzględnieniu prywatnej służby zdrowia sięgały 6 proc. PKB. Tymczasem w krajach OECD nakłady na ochronę zdrowia kształtują się przeciętnie na poziomie 8-10 proc. PKB. Jednocześnie składki na obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne, w Polsce stanowiące 9 proc. wynagrodzenia brutto, postrzegane są jako bardzo wysokie. Paradoks? Należałoby zadać pytanie: przez kogo postrzegane?
Tu odpowiedź jest prosta: przez tych, którym składki te przyszło płacić, czyli pracujących na etacie oraz emerytów i rencistów. Zatrudnionych jest w Polsce 12 mln osób. Emerytów i rencistów mamy natomiast około 9 mln. W świadomości pozostałych 10 mln dorosłych obywateli naszego kraju problem składki zdrowotnej jest marginalny lub w ogóle nie istnieje.
Wystarczy przecież zarejestrować własną działalność gospodarczą, by miesięczna składka na ubezpieczenie zdrowotne spadła do 210 zł, ryczałtu odpowiadającego poziomowi 75 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Choć wśród 3 milionów pracujących na własny rachunek z pewnością są tacy, których dochód jest niższy od średniej płacy zatrudnionego na etacie, to jako ekonomista mam poważne wątpliwości, czy zjawisko to dotyczy całej gospodarki. Pomyślmy: gdyby działalność na własny rachunek, związana ze znacznie większym wysiłkiem i ryzykiem niż praca najemna, dawała statystycznie niższy zarobek, to czy racjonalnie postępujący homo oeconomicus podejmowałby ją?
Niezrozumiała wydaje się też sytuacja, w której nie różnicuje się wysokości składki odprowadzanej przez przedsiębiorców, bez względu na to, czy ktoś posiada kiosk z gazetami, czy sieć luksusowych hoteli. Tymczasem składki pracowników etatowych oraz emerytów i rencistów rosną liniowo z dochodem. Fakt, że emeryt czy rencista płaci proporcjonalnie wyższą składkę zdrowotną niż prywatny przedsiębiorca, jest dość osobliwym, niespotykanym w innych krajach rozwiniętych, przykładem redystrybucji dochodów. Ciekawe, czy tak przewrotnie pojęta redystrybucja (od mniej do bardziej zamożnych) była zamierzona przez autora/autorów tego oryginalnego rozwiązania, czy to tylko wypadek przy pracy?
Jeśli ktoś natomiast uważa wydatek 210 zł miesięcznie za zbyt wysoki, aby korzystać z pełni dobrodziejstw państwowej służby zdrowia, może rozważyć zakup choćby hektara przeliczeniowego ziemi rolnej. Wówczas ciężar finansowania składek spada na budżet państwa, czyli podatników. Z takich przywilejów korzysta w naszym kraju blisko 2 mln osób, z których większość otrzymuje dopłaty bezpośrednie, a także inne środki pomocowe z Unii Europejskiej. Tymczasem rolnicy-emeryci, którzy nie otrzymują takiego wsparcia finansowego, sami finansują składkę zdrowotną. I tak powraca motyw paradoksu.