Ogłoszone w środę przez prezydenta USA Donalda Trumpa tzw. cła wzajemne oficjalnie są oparte na wyliczeniach dotyczących barier handlowych stosowanych przez inne kraje. W tych obliczeniach brano pod uwagę również bariery pozataryfowe. Amerykańskie stawki ceł wzajemnych ustalono na „mniej więcej połowę” stawek, jakie rzekomo stosują partnerzy handlowi. - Będziemy dla nich mili – mówił w środę Trump.
Ekonomiczny noblista Paul Krugman twierdzi jednak, że stawki ceł wzajemnych często nie mają związku z aktualnymi stawkami celnymi stosowanymi przez dotknięte nimi kraje. Jaką metodę więc zastosowały władze amerykańskie?
Jak policzono nowe amerykańskie stawki ceł?
„Financial Times” sugeruje, że Biuro Przedstawiciela Handlowego USA mogło wykorzystać metodę wyliczania ceł, która jest bardzo kontrowersyjna. „FT” nazwał ją wręcz „bezsensowną”.
„Więc skąd w ogóle wzięły się te liczby? Okazuje się, że w tym szaleństwie jest jakaś metoda! Tyle że to metoda bezsensowna, jeśli jest taka, jak nam się wydaje.Oto, co wydaje się, że zrobił Biały Dom i jego elitarny zespół śledczych ds. handlu: wzięli deficyt handlowy USA w towarach z danym krajem i podzielili go przez całkowitą wartość towarów importowanych z tego kraju. Następnie podzielili ten procent na pół i voilà – oto „wzajemna” stawka taryfowa USA. Możemy potwierdzić, że to pasuje do liczb dla pierwszych 24 krajów na liście” - wskazuje „FT”.