Kończy się bardzo ciekawy rok na rynku mieszkaniowym, a co może się wydarzyć w 2020 r.? Co mówi wasz indeks, który ma pokazywać, czy rynek jest rozgrzany i wymaga schłodzenia czy odwrotnie?
Sytuacja wygląda nieźle, to znaczy główny wskaźnik jest poniżej progu ostrożnościowego. Oczywiście, widzimy niepokojące sygnały chociażby na rynku budowlanym – deweloperzy muszą się mierzyć z takimi problemami, jak wyższe koszty ekip i materiałów, niedobór ziemi. To powoduje, że budowa jest coraz droższa i to pociąga wzrost cen mieszkań. Z drugiej strony obserwujemy spory ruch na rynku kredytów hipotecznych, ale nie mówiłbym tu o bańce. Co prawda mamy rekordową kwotę pożyczek na mieszkania, ale liczba udzielonych kredytów nie będzie tak imponująca, jak w poprzedniej hossie. Wtedy pożyczek było o połowę więcej, rynek był wyraźnie stymulowany kredytami. Wzrosła wartość mieszkań, co przekłada się na wyższe wartości kredytów. Dla rynku mieszkaniowego ważne jest to, co będzie się działo z zatrudnieniem Polaków, z wynagrodzeniami.
W tym roku obserwujemy kilkunastoprocentowe zwyżki cen mieszkań rok do roku, jakie są wasze przewidywania na 2020 r.?
Prognozujemy, że w perspektywie jednego–trzech kwartałów powinniśmy widzieć hamowanie cen, a ściślej dynamika wzrostu powinna być mniejsza. Raczej nie spodziewamy się korekty, o to byłoby trudno, biorąc pod uwagę dalszy wzrost wynagrodzeń Polaków o 6–7 proc., choć mamy nieco gorsze perspektywy dla rynku pracy czy dalszy spadek oprocentowania kredytów na skutek spadku WIBOR. Jednocześnie spadnie oprocentowanie lokat, co może skłonić kolejnych inwestorów do ulokowania pieniędzy na rynku nieruchomości. Rynek mieszkaniowy chyba najbardziej korzysta na tym, że stopy są tak niskie, a kto wie, czy nie będą jeszcze niższe.