Polityka ma znaczenie

Rozmowa z Edwardem C. Prescottem, laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, profesorem Uniwersytetu Stanowego w Arizonie i doradcą oddziału Rezerwy Federalnej w Minneapolis

Publikacja: 26.06.2010 08:56

Polityka ma znaczenie

Foto: Archiwum

[b]Amerykańska gospodarka wydaje się szybko stawać na nogi. Pan jednak twierdzi, że w USA nie tylko żadnego ożywienia nie ma, ale wręcz zanosi się na straconą dekadę.[/b]

Zgadza się. Statystyki są dość klarowne. Patrzę przede wszystkim na stopę bezrobocia, która nie maleje, choć i tak nie obejmuje wielu niepokojących zjawisk, np. zatrudnienia części pracowników w mniejszym wymiarze godzin, niż by chcieli. Tempo wzrostu PKB, czyli mierzalnej produkcji, wróciło mniej więcej do trendu, ale po recesji powinno go wyprzedzać, aby można było mówić o ożywieniu. Ale część produkcji wymyka się obliczeniom, głównie inwestycje w nienamacalny kapitał – w kapitał ludzki, badania i rozwój, reklamę itp. W tym obszarze nastąpiło gwałtowne załamanie i żadnego ożywienia nie widać.

[b]Dlaczego tak się dzieje?[/b]

Gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa są bardzo pesymistyczne wobec swojej przyszłości. Oczekują, że wzrosną podatki. A jeśli ludzie spodziewają się, że zostanie im odebrana część zysków, maleje ich skłonność do inwestycji.

[b]Czy to dlatego banki komercyjne składają ogromne depozyty w bankach centralnych zamiast udzielać kredytów?[/b]

Dokładnie. Banki mają dużo kapitału, lecz składają go w bankach centralnych, w których realna stopa oprocentowania jest ujemna. Banki wręcz proszą, aby od nich pożyczać, tylko że brakuje chętnych. Nie ma bowiem dobrych okazji inwestycyjnych, co jest skutkiem oczekiwań kreowanych przez działania rządu. Młodzi ludzie obawiają się kupować domy i samochody, bo nie wiedzą, czy będą mieli dobrą pracę. A rząd przyjął jeszcze reformę systemu ubezpieczeń zdrowotnych, co jest de facto nałożeniem na młodych dodatkowego podatku i przetransferowaniem tych środków do ludzi starszych.

[b]Czy to właśnie ze względu na obawy, jak taka polityka wpłynie na oczekiwania podatkowe ludzi, poparł pan na początku 2009 r. apel do prezydenta Baracka Obamy, aby nie podpisywał pakietu stymulacyjnego?[/b]

To był pakiety depresyjny, a nie stymulacyjny. To naukowy fakt, że rozrzutność rządu schładza gospodarkę. Czy kiedy gospodarstwo domowe ma problemy finansowe, większe wydatki czynią je zamożniejszym? Ten sam mechanizm, który działa w gospodarstwach domowych, stosuje się do społeczeństwa jako całości.Pakiety stymulacyjne trzeba jakoś sfinansować i ostatecznie pieniądze te będą pochodziły z podatków. A gdy ludzie spodziewają się podwyżki podatków, działa to depresyjnie na gospodarkę. Pokazuje to, że kryzys finansowy nie jest przyczyną zawirowań w gospodarce z ostatnich lat.

[b]To, co pan mówi, przypomina koncepcję tzw. równoważności ricardiańskiej, która przewiduje, że działania rządu na rzecz pobudzenia popytu nie mogą być skuteczne, ponieważ towarzyszy im wzrost oszczędności sektora prywatnego, który nastawia się na podwyżkę podatków w bliższej lub dalszej przyszłości. Jest to jednak teza kontrowersyjna, zakłada bowiem, że obligacje rządowe nie są traktowane przez ludzi jako aktywa.[/b]

Obligacje można traktować jako aktywa tylko wówczas, gdy można ufać rządowi. A to byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby rząd miał możliwość wywiązywania się z deklaracji, jeśli prowadziłby w długim terminie spójną politykę. Tak się jednak nie dzieje. Rządy mogą wyemitować bardzo niewiele wiarygodnych obligacji. Nawet jeżeli nie ogłaszają bankructwa, notorycznie dopuszczają się dyskretnej niewypłacalności, np. przez wywołanie inflacji.

[b]Larry Summers, doradca ekonomiczny prezydenta Baracka Obamy, stwierdził jednak niedawno, że pakiet stymulacyjny pomógł zapobiec tak głębokiej depresji jak w latach 30. XX wieku.[/b]

Summers się myli. To, co mówi, jest sprzeczne z wszelkimi dowodami naukowymi czy to teoretycznymi, czy empirycznymi. Nigdy jeszcze pakiet stymulacyjny nie ożywił żadnej gospodarki. W tym kontekście lubię wskazywać na Polskę, która w czasie kryzysu nie przyjęła pakietu stymulacyjnego, aby nie zszargać swojej wiarygodności kredytowej. Dzięki temu stała się jednym z dwóch krajów OECD, które nie wpadły w recesję. Drugim jest Australia.

[b]Przyznaje pan jednak, że obecna recesja jest stosunkowo płytka w porównaniu z tą z lat 30. Jak to możliwe, skoro polityka Waszyngtonu i większości rządów państw Zachodu była taka zgubna?[/b]

Dzisiaj rządy są ograniczane w swoich działaniach przez ekonomistów. Lewicowy establishment w USA, który nie śledzi nowoczesnej teorii makroekonomicznej, powiedział Obamie, że może podnieść podatki. Ale nawet ci ekonomiści przestrzegali, aby nie zamykać gospodarki. Co do tego, że otwartość jest ważna, zgadzają się wszyscy. Nie mieliśmy więc niczego w stylu ustawy Smoota-Hawleya (na mocy tego dokumentu z 1930 r. USA podniosły blisko 900 ceł importowych – red.) i związanego z tym załamania handlu. Ekonomiści wszystkich orientacji politycznych stawiają też opór nadmiernym subsydiom.

[b]Konsekwentnie podkreśla pan, że kluczowe są oczekiwania kreowane przez rząd. W jednej ze swoich najbardziej znanych publikacji dowodził pan, że władze gospodarcze muszą kierować się klarownymi regułami, a nie działać uznaniowo. Jak więc pan ocenia działania banków centralnych, które angażując się w programy ilościowego luzowania polityki pieniężnej, najwyraźniej odstąpiły od reguł na rzecz działania dyskrecjonalnego, uznaniowego?[/b]

Banki centralne nie były źródłem kryzysu i zareagowały na niego na ogół właściwie. Rezerwa wykonała fantastyczną robotę, szczególnie wtedy, kiedy objęła tymczasowymi gwarancjami aktywa funduszy rynku pieniężnego, gdy jeden z takich podmiotów zaczął ponosić straty (w październiku 2008 r. – przyp. red). Fundusze te były wypłacalne, ale groziła im ucieczka posiadaczy jednostek uczestnictwa. Było to więc realne zagrożenie systemowe. Nie popieram natomiast skupu papierów wartościowych zabezpieczonych kredytami hipotecznymi, aby podtrzymać ich wartość. Jest to bowiem dyskretna forma wspierania pararządowych instytucji kredytowych Freddie Mac i Fannie Mae.

[b]Skoro perspektywa podwyżek podatków jest tak szkodliwa dla gospodarki, to jak państwa rozwinięte – szczególnie członkowie strefy euro – mogą sobie poradzić z ogromnymi deficytami budżetowymi?[/b]

Podwyżki podatków nie zwiększają przychodów podatkowych. Natomiast obniżki podatków mogą to uczynić, bo ludzie będą więcej pracowali i wydawali, a firmy więcej inwestowały. Według mnie kraje UE powinny jednak przede wszystkim zreformować systemy opieki zdrowotnej i emerytalne. Mogłyby wzorem Singapuru wprowadzić obowiązkowe medyczne konta oszczędnościowe, z których ludzie sami opłacaliby koszty leczenia zgodnie z własnym wyborem. Służba zdrowia zarządzana przez rząd jest nieefektywna i marnuje się w niej ogromne zasoby. Nie trzeba wysokich podatków, aby budować państwo dobrobytu. Europa powinna ponadto kontynuować integrację.

[b]Nie uważa pan jednak, że kryzys fiskalny w strefie euro oznacza fiasko tego projektu?[/b]

Zwiększając konkurencję i znosząc bariery w przepływie technologii, integracja podniosła produktywność krajów strefy euro. Projekt ten pozwoliłby Europie Zachodniej dogonić USA, gdyby nie niewłaściwy system podatkowy, który zniechęca ludzi do pracy. Polska też korzysta z integracji. Uważam, że za 15 lat doścignie Europę Zachodnią.

[b]Komitet Noblowski, uzasadniając przyznanie panu Nagrody Nobla, wskazywał m.in. na pańskie badania w dziedzinie sił zawiadujących cyklami koniunkturalnymi. Czy kryzys gospodarczy z ostatnich lat zmienił coś w pana przekonaniach na ten temat?[/b]

Kryzys raczej wzmocnił moje przekonania. Polityka ma znaczenie. Bardzo często kryzysy nie mają źródeł ekonomicznych, tylko polityczne. Potrzebne są dobre instytucje, które kierują się klarownymi regułami, nieblokujące pozytywnych zjawisk. Pod tym względem, w przeciwieństwie np. do Grecji, Polska wykonała doskonałą robotę, dlatego jestem optymistą, jeśli chodzi o jej przyszłość. Choć i wam przydałaby się reforma systemu emerytalnego, m.in. podniesienie wieku emerytalnego.

[b]Co do tego, że instytucje są ważne, wszyscy się chyba zgadzają. Stąd działania rządów na rzecz zreformowania systemu regulacji finansowych. Jak ocenia pan te projekty?[/b]

Pomysł, że można uregulować kreatywny sektor finansowy, jest niedorzeczny. Zawsze znajdą się metody obejścia reguł i regulatorom nigdy nie uda się wyprzedzić innowatorów. Potrzebne są przejrzyste zasady. Moja propozycja to objęcie stopą rezerw obowiązkowych do 100 proc. wartości depozytów.Zmniejszyłoby to koszty regulacji sektora finansowego, które dziś sięgają 0,5 proc. PKB. Zlikwidowałoby to także dużą część ryzyka związanego z hazardem, jakiego dopuszczają się pośrednicy kredytowi, którzy pożyczają od jednych, aby pożyczyć innym. Te instytucje w sektorze finansowym są tylko ogonem, ale zdają się poruszać całym psem. Według mnie są niepotrzebne, a wraz z nimi zniknąłby problem wyhodowanych przez rząd instytucji zbyt wielkich lub ważnych, by upaść.Większość aktywności kredytowej i tak odbywa się na zasadach dwustronnych: wkładamy pieniądze do funduszu, który następnie je inwestuje. Giełda też jest organizacją dwustronną. Dzięki postępowi amerykańskiego systemu finansowego takie transakcje odbywają się dziś bardzo sprawnie i niemal bez kosztów. Spread między stopą, po jakiej większość ludzi może zaciągać pożyczki, a stopą, po jakiej mogą ich udzielać, znacząco się zmniejszyła. Kiedyś za kupno akcji o wartości 10 tys. USD płaciło się 300 USD prowizji, dziś nie kosztuje to prawie nic.

[b]Kolejnym pana kontrowersyjnym poglądem jest ten, że Amerykanie dużo oszczędzają. Wielu ekonomistów jest przekonanych, że jednym ze źródeł kryzysu było to, że Amerykanie nie oszczędzali w ogóle, żyjąc na kredyt. [/b]

Amerykanie nie odkładają wiele na rachunkach oszczędnościowych, ale to nie znaczy, że nie oszczędzają. Robią to, budując majątek. Często oszczędności mają postać zysków kapitałowych – ludzie prowadzą działalność biznesową, dużo pracują, ale płacą sobie stosunkowo mało. Spółki wydają dużo na nowe produkty, badania i rozwój, szkolenia, reklamę i ten nienamacalny kapitał nie jest wliczany do miar oszczędności w rachunkach narodowych, choć powinien.Kapitał ten pojawia się natomiast w bilansach po stronie aktywów. A o bogactwie kraju świadczy właśnie wartość jego aktywów pomniejszona o zobowiązania. W skali całej amerykańskiej gospodarki bogactwo niemal sześciokrotnie przekracza produkt narodowy brutto (PNB) i wskaźnik ten utrzymuje się na niemal niezmienionym poziomie, choć gospodarka się rozwija.

[b]Dziękuję za rozmowę.[/b]

[ramka][b]Edward C. Prescott[/b] (69 l.), amerykański ekonomista, wykładowca Uniwersytetu Stanowego w Arizonie i doradca oddziału Rezerwy Federalnej w Minneapolis. W 2004 r. otrzymał (wraz z Finnem E. Kydlandem) Nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii za badania nad spójnością polityki ekonomicznej w czasie oraz siłami zawiadującymi cyklami koniunkturalnymi. Prescott niedawno gościł na 19. Europejskich Warsztatach w Teorii Równowagi Ogólnej, zorganizowanych na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. [/ramka]

[b]Czytaj też: [link=http://blog.parkiet.com/jedlak/2010/06/29/pochwaly-na-wyrost-i-obawy-na-przyszlosc/]Pochwały na wyrost i obawy na przyszłość[/link][/b]

Analizy rynkowe
Techniczna spółka dnia. Pod PKO BP zaczyna kruszyć się podłoga
Materiał Partnera
Zasadność ekonomiczna i techniczna inwestycji samorządów w OZE
Analizy rynkowe
Tydzień na rynkach: Cła i wojna psują nastroje
Analizy rynkowe
WIG – (prawie) 100 tys. pkt. I co dalej?
Analizy rynkowe
Świat za bardzo boi się wyższych ceł w USA?
Analizy rynkowe
Wall Street na detoksie, reszta świata na fiskalnym haju
Analizy rynkowe
Tydzień na rynkach: Fed lekko pesymistyczny