Przed niespełna rokiem zaproponowaliśmy następującą koncepcję: nietypową sytuację na światowych rynkach porównaliśmy do tej z 1998 roku, kiedy to indeks rynków wschodzących po kilku szokach (kryzys azjatycki, potem bankructwo Rosji Jelcyna na skutek niskich cen ropy) zanurkował do wieloletnich minimów, podczas gdy dla rynków rozwiniętych (z USA na czele) przecena oznaczała zaledwie spadek ze szczytów hossy. Przed rokiem też tak to wyglądało – emerging markets zjechały do poziomów najniższych od 2009 roku, podczas gdy amerykański S&P 500 niewiele wcześniej ustanowił nowe rekordy. Taka sytuacja nie zdarza się często – to wyjątkowy analityczny rarytas.
Morał, jaki płynął z tego (kontrowersyjnego) zestawienia był następujący: Wall Street miała szanse na kontynuację hossy, ale największy potencjał zwyżkowy miał tkwić na pogrążonych rynkach wschodzących.
Obecne porównanie
Czas odświeżyć te rozważania. Czy dość optymistyczna analogia z rokiem 1998 odeszła do lamusa? Sprawdźmy. Amerykański S&P 500 wbrew wielu negatywnym czynnikom i ku zaskoczeniu wielu wspiął się właśnie na nowe szczyty hossy (choć trwało to dłużej niż w 1998 r.). A rynki wschodzące? Na jesieni 1998 r. zmiana trendu przybrała tam kształt litery „V", czyli odbyła się w sposób gwałtowny. Początkowo i tym razem wydawało się, że mamy powtórkę tego scenariusza. Jednak po mocnym odbiciu w październiku ub.r. potem indeks emerging markets zrobił psikusa inwestorom i zjechał niemal z powrotem do dołka (taka to przewrotna jest już natura rynków). Teraz jednak widać, że te wahania nie poszły całkiem na marne. Być może jednak zmiana trendu miała miejsce, tyle że zajęła więcej czasu?
Widać zatem, że zauważona przez nas przed niemal 12 miesiącami analogia z rokiem 1998 w pewnym przybliżeniu utrzymuje się. Według niej akcje w USA powinny wspinać się stopniowo coraz wyżej, zaś emerging markets powinny przeżyć prawdziwą hossę, skutkującą wejściem na kilkuletnie maksima (jakaż to byłaby niespodzianka!). Udział w tych zwyżkach powinien też mieć nasz WIG20, tradycyjnie mocno skorelowany z rynkami wschodzącymi (choć ostatnio ta relacja zdecydowanie osłabła – WIG20 jest daleko).
Podobieństwa widać również, jeśli spojrzymy na długofalowy cykl w relacjach między rynkami wschodzącymi a rozwiniętymi (takimi jak USA). Krach w 1998 r. był ostatnim epizodem w ramach wielkiego cyklu słabości emerging markets trwającego cztery lata. Podobny cykl słabości „przerabialiśmy" także ostatnio, w latach 2011–2015. Jak pokazuje wykres, od września ub.r. nie doszło już do pogłębienia dołka „supercyklu", a nawet pojawiła się szansa na stopniowe odwrócenie trendu.