We wtorek ruszają rozmowy przedstawicieli branży energetyki odnawialnej z resortem energii w sprawie nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii (OZE). Inwestorzy i eksperci są nastawieni bojowo. Ostrzegają, że propozycje ministerstwa są niezgodne z unijnym prawem i mogą się skończyć zahamowaniem zielonych inwestycji w polskiej energetyce.
Nadgonić zaległości
Nowe przepisy miały pomóc Polsce w osiągnięciu celu 15- -proc. udziału zielonej energii w zużyciu energii brutto do 2020 r. Dlatego nowelizacja zakłada przeprowadzenie w tym roku aukcji dla 3,4 tys. MW nowych mocy z OZE. Największe wsparcie przewidziano dla lądowych farm wiatrowych, których moc po tegorocznych aukcjach ma wzrosnąć o 2,5 tys. MW, do 9,5 tys. MW. Kolejne 750 MW energii ma powstać dzięki aukcjom dla elektrowni słonecznych. Te propozycje zostały dobrze przyjęte przez branżę. Niepokój wzbudziły natomiast przepisy, które zmieniają reguły gry dla działających już instalacji, które korzystają ze starego systemu wsparcia bazującego na zielonych certyfikatach. Ministerstwo Energii proponuje bowiem powiązanie ceny zielonych certyfikatów z cenami energii elektrycznej. Skutkowałoby to ograniczeniem przychodów dla instalacji OZE do poziomu około 312 zł za megawatogodzinę (MWh). Tymczasem – jak wskazuje branża – biznesplany większości istniejących farm wiatrowych zakładały przychody rzędu 400–450 zł/MWh.
– To w naszej ocenie zniszczy rynek zielonych certyfikatów – alarmuje Marta Pruszyńska z firmy ERG, która ma w Polsce trzy farmy wiatrowe o łącznej mocy 82 MW. Przyznaje, że wcześniej spółka ta miała w planach wybudowanie w naszym kraju w sumie 200 MW mocy z wiatru. – W strategii na lata 2018–2019 nie mamy już żadnych inwestycji w Polsce – kwituje Pruszyńska.
Wizja niewypłacalności
Jak wyliczyła firma konsultingowa TPA, przy proponowanej przez resort maksymalnej wysokości przychodów 63 proc. farm wiatrowych będzie osiągało straty, a aż 77 proc. będzie miało problem z obsługą kredytów bankowych.
– Negatywne efekty zmian w prawie dotkną więc nie tylko samych właścicieli farm, ale też banków, które będą musiały tworzyć rezerwy na tzw. złe kredyty – wyjaśnia Krzysztof Kajetanowicz z ValuePartners.